|
Gdzie popularny publicysta szuka dobrych alkoholi, czy lubi się targować i czy zdarza mu się wrzucać do koszyka niepotrzebne rzeczy? To wszystko zdradził w rozmowie z Ryszardem Makowskim. Jako znany koneser whisky i burbonów, gdzie zaopatruje się Pan w wykwintne trunki?
Najchętniej korzystam z sieci sklepów Ballantine’s. Stołeczna placówka przy ul. Kruczej ma imponującą ofertę burbonów, w których najbardziej gustuję. Whisky w naszej rzeczywistości kojarzy się nowobogactwem. Burbon jest, według mnie, dużo lepszy i relatywnie tańszy. Zasmakowałem w Buffalo Trace, a tak „na co dzień” polecam markę Jim Beam. Sklepy Ballantine’s są jednymi z nielicznych miejsc, w których można nabyć Rye Whiksey. Te znakomite trunki są u nas wciąż trudno dostępne. Burbony i whisky są dobre przede wszystkim zimową porą, a latem? Pijam wina białe i różowe. Portugalskie i takie truskawkowe z Patagonii, którego nazwa gdzieś mi uleciała. Zimą natomiast chętniej sięgam po wina czerwone. Chilijskie i te z Nowego Świata czyli z Australii i RPA. Szczególnie pasują mi szczepy Carménère i Merlot. No, a do śledzika musi być obowiązkowo setka zmrożonej wódeczki (śmiech). Czy chodzi Pan na zakupy z żoną? Jak mam czas, to z przyjemnością. Targuje się Pan? Nawet nie próbuję. Za to moja małżonka jest mistrzynią w urywaniu cen. Ostatecznie pochodzi z Poznania… Gdzie najchętniej kupuje Pan książki? Wszędzie gdzie się da. Niestety ostatnio EMPiKi mają jakby uboższą ofertę. Mieszkam niedaleko Dworca Centralnego w Warszawie i często korzystam z dworcowych stoisk czy sklepików. U nas panuje obsesja na punkcie wydawniczych nowości. Gdy chce się kupić książkę, która ukazała się kilka lat temu, trzeba już dobrze poszukać. A co jeżeli na półkach w jakiejś księgarni nie ma Pana książek? Wtedy niczego nie kupuję i ostentacyjnie wychodzę, posyłając obsłudze spojrzenie, które wyraża więcej niż wszystko, co napisałem (śmiech). Czy Rafałowi Ziemkiewiczowi zdarza się kupić coś całkiem niepotrzebnego? Incydentalnie. Nie tak dawno nabyłem kilka kompletów małych żołnierzyków. Ustawiłem je na biurku i przyglądałem się z godzinę oczami dziecka, którego nie było stać na taką miniaturowa armię. Szybko jednak przesunąłem te żołnierzyki do rezerwy i kwaterują teraz głęboko w szufladzie. Zabawna historia podczas zakupów? W dzieciństwie często udawałem, że mdleję. Oznajmiałem mamie: mdleję – i padałem na podłogę, a mama mnie nakręcała, niczym zegar czy zabawkę, i działałem dalej. Kiedyś na zakupach też tak krzyknąłem i rypsnąłem na podłogę. Kilka osób ruszyło mi na ratunek, a mama stojąca akurat przy kasie rzuciła tylko przez ramię: dobrze, dobrze, zaraz cię nakręcę. Do dziś pamiętam minę obsługi i klientów. Chyba myśleli, że są w ukrytej kamerze. Spostrzeżenia dotyczące handlu spożywczego… Wciąż trzeba bardzo uważać na to co się kupuje i gdzie. Sięgając na półkę z masłem, można zostać szczęśliwym nabywcą jakiegoś klajstru. Podobnie jest z wędlinami. Nigdy nie ma pewności, czy pyszna szyneczka nie jest chemicznie uwędzoną pulpą z soi, skrobi, konserwantów i aromatów szynkopodobnych. I czy nie ma więcej wspólnego ze świństwem, niż ze świniną… Dziękuję za rozmowę. Wiadomości Handlowe, Nr 10(89) Październik 2009
|