REDAKCJA PROFIL OFERTA REKLAMY BADANIA PRASY KONTAKT
RAPORT MIESIĄCA: STREFA KASY
ARCHIWUM WYDAŃ - szukaj w serwisie
NEWSLETTER   PRENUMERATA

Nr 7(97) VII 2010
Advertisement


Slideshow image
 
obejmuje ponad 21 000 artykułów.
   
ARCHIWUM WYDAŃ - szukaj w serwisie






Jaka jest Twoja opinia?

Czy bezpłatne rozdawanie klientom reklamówek zwiększa średnią wartość koszyka zakupów?
 




Dlaczego Zbigniew Wodecki unika supermarketów?
25.08.2009.
ImageKról polskiej estrady preferuje małe stragany, bo nie lubi kupować u anonimowych sprzedawców. Co jeszcze na temat zakupów zdradził piosenkarz w rozmowie z Ryszardem Makowskim?

Czy lubi Pan robić zakupy?

Uwielbiam. Przeważnie brakuje mi czasu na pichcenie, ale mam ulubioną sałatkę, której nikt nie przyrządza lepiej niż ja. Gdy bierze mnie na nią ochota, wtedy wyruszam by zdobyć potrzebne składniki.
Dokąd?
W Warszawie do Hali Kopińskiej, a przede wszystkim w jej okolice. A w Krakowie, do kiosku warzywnego na Stradomiu. Zdradzi Pan skład tej super sałatki?
Wyjątkowo dla „Wiadomości Handlowych” uchylę rąbka tajemnicy. Pomidory, ogórki małosolne, niebieska cebula, czosnek, cytryna, kminek, ocet balsamiczny, oliwa, bazylia. Sól i pieprz przeważnie mam w domu. To co trzeba, należy posiekać. O smaku decyduje odpowiednie doprawienie całości. W tym jestem niezastąpiony (śmiech). Najważniejsze jest wypicie sosu. Robię to od wieków. Efekt – mam 59 lat, a wyglądam na 58 (pełna powaga).
Preferuje Pan małe sklepiki i stragany?
Jak najbardziej. Przyjemnie jest robić zakupy, gdy sprzedawca nie jest osobą anonimową. Wiadomo u pana Stefana – kapusta, u pani Madzi – szynka, a u pana Krzycha – chrupiący chlebek. Kiedyś kupowałem marchewkę. Facet miał na wierzchu taką piękną, wymytą, równiutką, zgodną z wymogami UE. Natomiast gdzieś w kącie wypatrzyłem samotną skrzynkę. Były w niej takie „marchewkowe Kopciuszki”. Pokrzywione, niewymiarowe, ubrudzone ziemią. Sprzedawca, widząc, że się przyglądam, szepnął – to z mojej działki. Trzymam je dla siebie i dla rodziny. Potraktował mnie jak rodzinę, bo podarował mi kilogram pysznej marchewki.
Czyli popularność ułatwia zakupy...
Wprost przeciwnie. Szczególnie unikam supermarketów, w których przede wszystkim w niedzielę, gromadzą się rzesze wiernych wyznawców.
Klasyka wygląda tak – stoję do kasy, za mną kolejka i nagle mama albo tata z dwojgiem dzieci, albo jeszcze większa grupa, wpadają na genialny pomysł, żeby sobie robić ze mną zdjęcia. Teraz prawie każdy jest uzbrojony w komórkę z aparatem, a ja jestem uziemiony, bo zapłacić muszę. Kolejne osoby stają przy mnie, a inne cykają. „Przysuń się bardziej, bo cię nie widać”, „Można jeszcze raz, na wszelki wypadek?”, „Henio, no chodź i ty, co się wstydzisz, to pan Kuba z Idola”. Kolejka za mną nie zawsze jest wyrozumiała, a ja się tylko uśmiecham zawodowo, bo trudno mieć pretensje do fanów, że chcą mieć pamiątkę. Nie lubię jednak być atrakcją supermarketu. Do tego na wielkich parkingach – wszystko jedno czy podziemnych czy naziemnych – czuję się najbardziej zagubiony wśród zagubionych i mam ochotę jak najszybciej uciec.
Targuje się Pan?
Nigdy. Na bazarku nawet zostawiam resztę. Gdy wychodzi 27 zł, daję 30.
Przecież to obala mit o krakowskiej oszczędności!
Wszędzie wkradają się nowe trendy.
Zdarzyła się Panu jakaś zabawna sytuacja na zakupach?
W latach 70. byłem z Krakowską Orkiestrą Polskiego Radia i Telewizji na tourne w Palermo. Wybraliśmy się z kolegami na bazar i Kazek miał mi zrobić zdjęcie, gdy debiutuję jako miłośnik spożywania ośmiornicy. Gdzieś się jednak zawieruszył. Już zamówiłem sobie ośmiornicę, a Kazka nie ma. Zacząłem go wołać – Kazek! Kazek! Kazek!
Na bazarze panował orientalny harmider, wiec przebijałem się słabo. Z pomocą przyszli mi koledzy. Niosło się – Kazek! Kazek! Kazek! Włosi myśleli, że to jakaś forma zabawy i też się przyłączyli. Niedługo kilkaset gardeł skandowało: Kazek! Kazek! Kazek! Kazek się znalazł. Zdjęcia nie mam, bo robiłem takie miny podczas jedzenia ośmionogiego frutti do mare, że postanowiłem pozbyć się tej fotografii.
Czas na wolne wnioski...
Według mnie na bazarku, niektóre owoce są zbyt tanie. Widziałem łubiankę wiśni za 2,50 zł. To chyba zdecydowanie poniżej kosztów. Skończę złotą myślą własnej produkcji: u nas niestety pokutuje przekonanie, że im droższe, tym lepsze. A powinno być – im lepsze, tym droższe.
Dziękuję za rozmowę.

Ryszard Makowski
 

 
Copyright 2004-2009 Wydawnictwo Gospodarcze Sp. z o.o. Wszelkie prawa autorskie wydawcy oraz producenta bazy danych zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze odarcze Sp. z o.o. Wszelkie prawa autorskie wydawcy oraz producenta bazy danych zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie informacji i tekstów zabronione. Korzystanie serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych wyłącznie na własne potrzeby lub za zgodą wydawcy.
redakcja | profil | oferta reklamy | kontakt | administracja strony: ymg.pl